Recenzja DiRT 5: szalenie przyjemna kąpiel w błocie, deszczu i śniegu

Ostatnia forma Codemasters mogła pozostawiać nieco do życzenia. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy z rąk tego popularnego studia wyszły takie tytuły jak DiRT Rally 2.0, GRID czy nowe edycje F1, i śmiem twierdzić, że tylko seria traktująca o królowej motorsportu spełniła oczekiwania fanów. Sytuacja wygląda jeszcze gorzej, jeśli dołączymy do tego zestawu DiRT-a 4, a więc bezpośredniego poprzednika opisywanej tu „piątki”, który okazał się być tylko dziwnym pomostem między pierwszym DiRT Rally i Rally 2.0. Co tu dużo mówić – zwyczajnie straciłem zaufanie do Mistrzów Kodu i przestałem wierzyć w to, że są w stanie zrobić coś ponadprzeciętnego. Nic dziwnego więc, że pierwsze zapowiedzi „piątki” nie wzbudziły we mnie większych emocji, zwłaszcza, że od pierwszych trailerów prezentowała się ona aż nazbyt arcade’owo. Jak jednak mawiał klasyk: nie oceniaj gry, póki w nią nie zagrasz…